Po długiej podróży w końcu dotarłem pod Smoczą Górę.
Zastanawia mnie skąd się wzięła nazwa „Smocza”. Może mieszka tu jakiś smok?
Właśnie po to tu jestem – by odkryć co kryje się we wnętrzu góry. Wyjąłem z
plecaka wodę i napiłem się. Spojrzałem na wierzchołek góry i zamarłem… jak tu
wysoko! Ale co robić? Wyjąłem sprzęt do wspinaczki i zacząłem się wspinać.
Skała zaczęła dziwnie drgać. Nie zwróciłem na to uwagi. Wspinaczka stała się
męcząca. Usiadłem na półce skalnej by odpocząć, ale ta osunęła się w dół.
Zręcznym ruchem przeskoczyłem na inną, bardziej stabilną. Gorzej być nie może….
Zaczęło padać! Skała stała się nieprzyjemnie śliska. Zauważyłem wnękę w skale i
wcisnąłem się w nią. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to korytarz. Było
strasznie wąsko. Plecak ciągłem po ziemi. Usłyszałem kapanie wody i nagle
zrobiło się gorąco. Korytarz, którym wszedłem do wnętrza jaskini zawalił się
niespodziewanie. Tumany kurzu zasłoniły na kilka minut widoczność. Westchnąłem.
Czułem, że nikt nie zacznie mnie szukać, mnie i moich dużych okularów, których
szybki całkiem zaparowały. Wyjąłem chustkę i zacząłem delikatnie polerować
szkiełko. Nie zorientowałem się, że wkoło jest jasno. Światło dochodziło zza
ostrego zakrętu. Ruszyłem w tamtą stronę. I to co ujrzałem było przepustką do
prawdziwych kłopotów… w dużej Sali stała skrzynia ze skarbem. Wiedziałem, że
potem będę tego żałował, ale skarb tak prześlicznie błyszczał, że się nie
powstrzymałem i podszedłem na tyle blisko by dosięgnąć kilku monet. W chwili
gdy wziąłem do ręki jedną monetę rozległ się przerażający ryk. Pieniądz wypadł
mi z ręki, a na ścianie pojawił się duży cień. Ze strachu aż usiadłem na ziemi.
Przede mną pojawił się…. Smok! Duży gad stał naprzeciw mnie i wpatrywał się
prosto w moje oczy. Z jego nozdrzy uleciał ciemny dym. Wystraszyłem się. Nie wstawałem z podłogi. Smok zbliżył się
i chwycił mnie za kaptur mojej bluzy i podniósł. Nie próbowałem się wyrywać. Niósł
mnie przez dobre piętnaście minut. Spodziewałem się, że mnie zaraz zje lecz
nie. On przeniósł mnie przez wąskie wrota i wzbił się w powietrze. Wylądował po
chwili, a mnie położył na ziemi. Oślepiło mnie jakieś światło. To było słońce!
Rozejrzałem się, ale nie ujrzałem znajomych terenów tylko opustoszałą dżunglę.
Smok popchnął mnie w kierunku gęstwiny. Odwróciłem się i ujrzałam duży łeb
latającego gada, który patrzył na mnie z uśmiechem. Zdziwiła mnie jego
wesołość. Ruszyłem tam, gdzie pchał mnie smok.
Po całym dniu
maszerowania byłem padnięty. Usiadłem pod drzewem, ale zaraz wstałem, bo to w
czym się zatopiłem to nie był mech tylko oślizgła, bezkształtna masa lepiąca
się jak klej. Przeszły mnie ciarki, gdy zobaczyłem, że na galaretowate coś
wchodzi gigantyczny pająk. Cofałem się aż na coś wpadłem na coś twardego i
dużego. Odwróciłem się gwałtownie i ujrzałem smoka, który patrzy na mnie z
rozbawieniem i trochę ze złością. Zacząłem iść szybkim krokiem. Smoka
zostawiłem w tyle, ale nagle ten pojawił
się przede mną. Zatrzymałem się.
Co? – spytałem.
Nie zatrzymujesz się na nocleg? – odpowiedział znienacka
smok. – myślałam, że sen dobrze ci zrobi, bo od rana maszerujesz bez przerwy.
Zamurowało mnie. Czy smok może mówić ludzkim głosem?!
Moim zdaniem nie, ale to musiał być wyjątek. Myślałem również, że smoki nie
istnieją, ale to był błąd. Jeśli nie istnieją to stoi przede mną gadająca
skamielina ze skrzydłami.
Faktycznie, zmęczyłem się tą drogą. – odpowiedziałem
drętwo. – odpocznę sobie trochę.
Położyłem się na trawie, upewniając się, że nie ma
nigdzie tej mazi, którą spotkałem niedawno. Ułożyłem się do snu. Straszny
wstrząs poruszył ziemią, a ja podniosłem się odruchowo.
To smok położył się obok mnie. Położyłem się znów lecz
bardziej ostrożnie. Bałem się co się wydarzy w nocy.
Ranek nadszedł bardzo szybko. Jak dla mnie za szybko.
Chciałem wstać z ziemi, ale jej pode mną nie było! Wisiałem w powietrzu. Nie
byłem daleko od ziemi, ale niebyło to na tyle blisko by skoczyć. Zastanawiało
mnie tylko jak to się dzieje, że nie spadam.
Co się dzieje?! – krzyknąłem.
Spokojnie, to tylko ja. – odpowiedział mi znajomy głos .
– zaspałeś i musiałam cię zabrać, bo nas ścigają.
Nic nie rozumiałem, ale o dziwo się nie bałem. Miałem
nadzieję, że to tylko sen.
Kiedy wylądujemy? – spytałem. – nudzi mi się…
Zaraz, cierpliwości. – odpowiedział niewzruszenie smok.
Faktycznie – po krótkiej chwili byliśmy już na ziemi.
Jestem Shila. – przedstawił się smok.
Dopiero teraz do mnie dotarło, że to smoczyca. – bardzo
mi miło. – odparłem ze zdziwieniem. – ja jestem Eustachy.
Smoczyca wytrzeszczyła oczy i nadstawiła prawie
niewidoczne uszy. Miałem nadzieję, że wywęszyła jakieś jedzenie, a nie wroga.
Bardzo się nie myliłem. Zza krzaków wyskoczył szary zajączek. Przypomniało mi
się, że za kilka dni Wielkanoc. Teraz byłem pewien, że smoczyca zje zajączka,
ale nie! Ta nachyliła się i powiedziała coś zającowi na ucho. Nie wsłuchiwałem
się dokładnie, ale zając na całe gardło wrzasnął. – przekażę kapitanowi o
twoich planach dotyczących przybysza!!!
Smok uciszył go gestem i zerknął na mnie. Ja udawałem, że
jestem czymś zajęty. Była to prawda, że jestem czymś zajęty. Byłem zajęty
myśleniem o co chodziło królikowi. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać…
Przekazałam królikowi informację dotyczącą ciebie. –
powiedziała Shila. – ten przekaże je kapitanowi.
Skinąłem głową udając, że wszystko rozumiem lecz tak
naprawdę nie rozumiałem nic. Ruszyliśmy w drogę, a ja wciąż byłem głodny. Z
niesmakiem słuchałem propozycji Shili na dania jakie mógłbym zjeść choćby
zaraz. Myślałem raczej o pizzie lub frytkach, a nie jakichś robalach grzanych
na ogniu. W końcu dałem się przekonać i zjadłem taką potrawkę z robaków. Nie
było najlepsze ale myślałem, że będzie gorsze. Po takim posiłku wznowiliśmy
podróż. Naszło mnie jakieś dziwne uczucie. Takie jakby ktoś za nami szedł.
A właściwie… - jąkałem się. – po co idziemy tam gdzie
idziemy?
Idziemy tam po to – zaczęła smoczyca. – żeby ukryć się
przed wojskami wroga.
Ciarki mnie przebiegły. Nie dość, że nie wiem gdzie do
końca jestem to jeszcze mnie ścigają za nic! Czy tak się traktuje gości?! No
raczej nie…
Nastał wieczór, a
mi się chciało pić. Smoczyca zastosowała niezbyt ciekawą taktykę zdobycia wody:
ja miałem zostać sam w dżungli, a ona poleci po wodę. Dopowiedziała też, że
jeśli nie wróci do północy ma uciekać jak najdalej stąd. Nie spodobała mi się
myśl zostawania samemu w gęstym lesie i być może w nocy bieganiu po dżungli bez
żadnej broni. Gdy miałem już odpowiedzieć, że nie podoba mi się ten pomysł
ujrzałem, że jestem już całkiem sam. Wlazłem na drzewo i siedziałem do północy.
Gdy miałem już zejść z drzewa obok przemknęły dwa cienie. Potem z ciemności
wyszedł jakiś karzeł w czarnym długim płaszczu z kapturem na głowie. Wydał
jakiś dziwny dźwięk i zdjął kaptur. Zobaczyłem jego twarz, która przypominała
głowę orła – zamiast ust i nosa miał lekko zakrzywiony dziób, a reszta twarzy
była w dużych szaro-czarnych piórach z pod których wystawały małe żółte oczy,
które w ciemności świeciły jak lampki na choince.
Prawie spadłem z gałęzi. Przypomniałem sobie słowa
smoczycy – jeśli nie wróci do północy mam uciekać jak najdalej od tego miejsca.
Ale nasuwa się pytanie: jak mam uciec? Postanowiłem pozostać na drzewie i się
nie ruszać. Na wszelki wypadek przycisnąłem się bardziej do gałęzi, modląc się
żeby mnie nie zauważył. Wkrótce, na drugie zawołanie przyszła reszta
dziwacznych stworów. Teraz musiałem się martwić. Pokonać ich bym nie dał rady,
zwłaszcza sam. Teraz mogłem tylko czekać aż odejdą lub aż przyleci Shila.
Smoczyca nie przyleciała ani w nocy ani w dzień, więc cały czas czekałem na
drzewie aż do czasu gdy w następnej nocy powietrze rozdarł dźwięk trąbki. W tej
samej chwili zza drzew wyleciały setki strzał. Zeskoczyłem na ziemię i ukryłem
się w krzakach. Usłyszałem ryk Shili, która po chwili pojawiła się nad
drzewami. Porwała mnie za kaptur i wypuściła z łap coś co otwarło jakiś portal,
który teleportował nas na szczyt jakiejś góry. Zdziwiło mnie to ale nic nie
mówiłem.
Kazałam ci uciekać jak nie wrócę do północy, a ty nie
posłuchałeś! – ryknęła gdy wylądowaliśmy. – prawie mnie zabili!
Ja nic nie odpowiedziałem. Nie myślałem, że smoka można
zabić. Najwidoczniej można. Po wysłuchaniu skarg smoczycy ruszyliśmy w drogę.
Szliśmy w ciszy aż nasunęło mi się kolejne pytanie.
Gdzie jesteśmy? – zapytałem znienacka.
Nie interesuj się tak. – odpowiedział smok drętwo. –
dowiesz się w swoim czasie.
Dalej już się nie odzywałem. Za co ona ma mi za złe? Jak
mogłem zejść z drzewa nie zwracając uwagi ludzi-ptaków?! No nie szło!
Smoczyca zatrzymała się nad urwiskiem i gdyby nie złapała
mnie za bluzę spadłym ponad 200 metrów w dół. Nie to, że się boję, ale myśl o
tak długim spadaniu… straszne!
Smoczyca przeleciała nad urwiskiem na drugą stronę. Nie
zabrała mnie ze sobą. W ostatniej chwili złapałem się jej ogona.